I'm a Web Developer,
Chess player,
Roller skater
and above all BLONDE!

My Resume About

Agata

Studies – the worst thing

Idź na studia, mówili... Będziesz wykształcony, mówili... Będziesz miał wymarzoną pracę, mówili...
Jak jest naprawdę?

Cały czas traktowałam to jako nową przygodę w życiu. Zawsze ciekawi nas coś nowego, coś czego jeszcze nie przeżyliśmy. O uczelniach słyszałam różne legendy i historie, ale chciałam poczuć to na własnej skórze. Dlatego też studia zaczynałam z ogromną ekscytacją!

Na początku założyłam sobie, że będę chodzić na wszystko. I będę się uczyć na bieżąco. I że będę się uczyć. I że się nie będę spóźniać....
Przeszło mi po tygodniu 🙂

Największą radość sprawiało mi to, że w końcu mam ukierunkowane przedmioty. Nie muszę się uczyć mojej znienawidzonej historii czy innych mniej pasjonujących mnie rzeczy. To wszystko trwało do czasu, gdy pojawiła się pierwsza lekcja filozofii. U nas mówi się na tego typu rzeczy "odchamy". Są niepotrzebne, ale ministerstwo narzuca. Stopniowo z każdymi zajęciami pojawiało się mniej osób. Mnie filozofia od zawsze nudziła, mimo że filozofować lubiłam. Problem polega na tym, że wolę bardziej skupiać się na sensie słów, niż na tym kto co powiedział i w którym roku. Dlatego też mojego wykładowcę poznałam dopiero w czasie sesji na egzaminie...

Bardzo duża część przedmiotów zaczyna się ciekawie, a później odbiega od ważniejszych tematów, albo nawiązuje do ciekawych rzeczy przedstawiając je powierzchownie i nudno. Często również zdarzają się przypadki, że uwielbiasz ćwiczenia i bardzo dobrze rozumiesz dane zagadnienia, a na wykładzie masz takiego prowadzącego, który za wszelką cenę udowadnia wszystkim, że jednak są idiotami. Ale to nadal nic. Same pobieżne rzeczy. Najgorszy typ wykładowców to taki, który odbiega od narzuconego materiału i śmieje się z Ciebie podczas egzaminu, bo nie masz jak się przygotować, gdyż na ćwiczeniach i laboratoriach robicie zupełnie inne rzeczy.

Takie są realia. Niby 3 rodzaje jednego przedmiotu, a później się okazuje, że to 3 odrębne rzeczy - często dotyczące innych sfer. Jakim więc sposobem zdaje się kolokwia i egzaminy?
To wszystko zależy od szczęścia i prowadzącego. Najczęściej wystarczy tylko jedna rzecz: cud.

Wiele razy już się spotkałam z tym, że umiejętności i wiedza nie idą w parze z wynikiem, a ludzie, którzy nic nie robią z łatwością prześlizgują się dalej, podczas, gdy Ci co się uczą mają problemy. Na zaliczeniach i kolokwiach naprawdę trzeba się nagimnastykować. Zaś później, na - okrytej złą sławą - sesji po prostu wystarczy mieć szczęście.

Sama sesja w sobie nie jest taka zła. Doświadczenie mi mówi, że da radę spokojnie z dnia na dzień przyswoić materiał z całego roku (czasem na karteczce, czasem na komórce, a czasem po prostu w głowie). Jednak tu dużo zależy od tego na jaką grupę trafisz, kto obok Ciebie siedzi, albo czy Twoją pracę będzie sprawdzał doktorant czy prowadzący. Więc spokojnie, wystarczy się modlić...